Ogłoszenia Duszpasterskie - XXIV Niedziela zwykła - 12.09.2021 r.
Więcej…
 
Intencje mszalne od 12 do 19 września 2021 r.
Więcej…
 

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów…
(Mk 7, 31-37)

Działo się to w krainie zwanej Dekapolem. Tworzył ją związek dziesięciu miast hellenistycznych położonych w Transjordanii, zasiedlonych przez ludność pogańską, gdzie Żydzi stanowili jedynie mniejszość. Jezus nie unikał tego terenu, a swoje zachowanie roztropnie dostosowywał do istniejących warunków. Z jednej strony ludzka roztropność nakazywała unikanie niepotrzebnego rozgłosu, aby nie narazić Boskich planów, z drugiej zaś, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

I właśnie tam i wtedy przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na nim rękę. Wyraźnie ten ludzki gest Jezusa łączył się w gronie jego najbliższych z Jego Boską mocą uzdrawiania. Tymczasem On uczynił coś, co można by powiedzieć, nie było w Jego stylu, a co nadało temu wydarzeniu szczególną rangę, rozgłos i znaczenie, albowiem taki był Jego zamiar. Jezus oddalił się z głuchoniemym od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: "Effatha", to znaczy: Otwórz się. Mamy tu trzy momenty.

Po pierwsze, Jezus uczynił coś tak ludzkiego, że bardziej nie można. Te palce w uszach i Jego ślina na języku tego biedaka, szokujące ludzkie gesty, szokujące, bo takimi miały być. A potem, to wymowne spojrzenie w niebo, znak, za którym kryła się prośba Syna do Ojca Niebieskiego.

I trzeci element, mocno wypowiedziane słowo, które wpisało się w historię świata: "Effatha", to znaczy: Otwórz się. W tym poleceniu kryje się głębokie zjednoczenie woli Ojca i woli Syna w Jego ludzkiej i Boskiej naturze. Tu natura musiała ustąpić: Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić.

Tymczasem zakaz mówienia o tym wydarzeniu skierowany do świadków, już nie miał, jak się okazało, takiej bezwzględnej mocy, jako że Stwórca obdarzył człowieka wolną wolą. Słabość ludzką jednak nie tylko przewidział, lecz i znakomicie wykorzystał.
Sprawa bowiem jest głębsza. Kluczem do niej jest słowo „effata” – otwórz się. Sugeruje to wyrażenie, jak i cała scena, iż Jezus miał w zamiarze nie tylko przywrócenie uszom i językowi głuchoniemego ich naturalnych funkcji, lecz idzie o pełne otwarcie się zamkniętego człowieka. Papież Benedykt XVI zauważył, że słowo „effata” zawiera w sobie cały przekaz nauki Chrystusa. To On stał się człowiekiem, aby człowieka w jego wnętrzu głuchego i niemego przez grzech, otworzyć. Chodzi o takie uzdolnienie serca człowieka, aby usłyszało głos Bożej miłości i odpowiedziało językiem miłości Bogu i drugiemu człowiekowi. Sam Jezus jest najlepszym przykładem człowieka słyszącego i mówiącego językiem miłości.

Ta ewangeliczna scena uzdrowienia głuchoniemego, którą Jezus znakomicie z dala od tłumów, tłumom przekazał, znalazła swoje odbicie w liturgii sakramentu Chrztu św. Nowo ochrzczonemu dziecku kapłan dotyka uszu i ust wypowiadając słowo „effata”, modląc się, aby ten młody chrześcijanin, jak najszybciej usłyszał słowo Boga, słowo miłości. Aby na miłość był otwarty i jej językiem komunikował się z Bogiem i bliźnimi.

Tak bardzo dziś akcentujemy znajomość języków obcych i ma to swoje znaczenie. Jednakże bez otwarcia się na miłość, znajomość języków nie ma żadnego znaczenia. Świetnie rozumiał to i zgrabnie ujął św. Paweł:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

Ks. Lucjan Bielas

 
Ogłoszenia Duszpasterskie - XXIII Niedziela zwykła - 05.09.2021 r.
Więcej…
 
Intencje mszalne od 05 do 12 września 2021 r.
Więcej…
 

POŁĄCZYŁA ICH ŚWIĘTOŚĆ

List biskupów polskich z okazji beatyfikacji
Kard. Stefana Wyszyńskiego i M. Elżbiety Róży Czackiej


1. Odwagi!

Słyszymy w Ewangelii ważne słowa: Odwagi! Nie bójcie się, Ja jestem. Żeby móc świadczyć o Bogu i pomagać innym, trzeba otworzyć się na Bożą łaskę, która niezależnie od naszej kondycji fizycznej, życiowych przeciwności, cierpienia i przykrych doświadczeń może przynieść w nas i przez nas obfite owoce. Potrzebna też jest odwaga, dzięki której możemy pokonywać nasze słabości i lęki naszej codzienności.

12 września będziemy przeżywać radosną uroczystość beatyfikacji kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia oraz Matki Elżbiety Czackiej, niewidomej założycielki Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Bóg mógł przez nich dokonać wielkich rzeczy, bo otworzyli się na Jego łaskę i z odwagą podjęli swoje powołanie, służąc innym.

2. Bóg prowadzi różnymi drogami

Róża Czacka, późniejsza Matka Elżbieta, urodziła się w Białej Cerkwi - dziś Ukraina - 22 października 1876 r., w znanej arystokratycznej rodzinie. Jej stryj, Włodzimierz, był kardynałem i bliskim współpracownikiem papieży. Róża otrzymała staranne wychowanie i wykształcenie. W wieku 22 lat straciła wzrok. Jej ślepota stała się wielką traumą dla rodziny, która nie umiała przyjąć jej niepełnosprawności. Jak zaakceptować to, na co nie potrafili się zgodzić nawet najbliżsi? Po trzech dniach modlitwy i rozmyślania Róża zrozumiała, że może liczyć tylko na Boga, któremu ufała i na siebie. Na szczęście posłuchała rady doktora Gepnera, który powiedział jej prawdę: Wzrok jest na zawsze stracony, ale zarazem wskazał jej drogę mówiąc, że nikt do tej pory w Polsce nie zajął się niewidomymi. Zrozumiała, że otrzymała wskazówkę na przyszłość. Postanowiła stworzyć instytucję, w której niewidomi będą się kształcić i przygotowywać do samodzielnego życia. Po latach napisała: Tak jak doktor Gepner był moim wielkim dobroczyńcą, tak moim największym szczęściem jest to, że zostałam niewidomą. Cóż by ze mnie było, gdyby nie to kalectwo? Jakie byłoby moje życie, życie bez niego? Jej ślepota stała się skałą, na której Bóg mógł wybudować piękny dom. Nadano mu nazwę: Dzieło Lasek lub też TRIUNO - na cześć Trójcy Przenajświętszej. A dewizą tego Dzieła było: niewidomy człowiekiem użytecznym. Po raz pierwszy w Polsce podjęto pracę z niewidomymi, a nie tylko dla niewidomych. Matka Czacka chciała, aby przygotowujący się do samodzielnego życia niewidomi zrozumieli, że mogą być szczęśliwi, mimo swojej ślepoty.

To nowe, rewolucyjne odkrycie, które Matka Elżbieta zawdzięczała własnej niesprawności, było elementarnie proste, bo odwoływało się do nauki Krzyża. Zmagając się ze swoim kalectwem i pytając, jak własną biedę przekształcić w źródło pomocy dla innych, żyjących w trudniejszej sytuacji, zrozumiała, że cierpienie może stać się uprzywilejowanym miejscem spotkania z Bogiem i dotarcia do prawdy, którą trudno dostrzec ludziom fizycznie sprawnym i zaaferowanym problemami dnia codziennego. Z pełną jasnością widziała, że najbardziej zbliżamy się do Boga, kiedy jesteśmy blisko człowieka, który cierpi i jest w potrzebie. Podstawowe zadanie polega na tym, aby usłyszeć głos ludzi, których zagłusza cierpienie i zgiełk świata, i stworzyć przestrzeń, w której człowiek znajdzie spokój i miejsce do refleksji, a z czasem też drogę, która prowadzi do Boga.

I Laski stały się takim miejscem, gdzie oprócz przygotowania dzieci i młodzieży do samodzielności, znaleźli miejsce poszukujący Boga i sensu życia. Byli to ludzie z różnych środowisk społecznych i politycznych. To dzięki Matce i ks. Korniłowiczowi - ojcu duchowemu Dzieła - mogli się czuć w Laskach, jak w domu. Mogli tam zobaczyć, jak owocuje Ewangelia wcielona w życie i jak wygląda współpraca niewidomych, sióstr, świeckich i księży. Wcielona w życie Ewangelia przygotowuje miejsce, w którym jest możliwe podejmowanie wspólnych zadań, przezwyciężanie niezdrowych ambicji i nieporozumień.

Z takim ewangelicznym Kościołem spotkał się w Laskach ksiądz Stefan Wyszyński i z ogromnym przejęciem pisał o tym do Matki Czackiej: Uderzyło mnie to, że ludzie Matki mają ten jakiś szczególny wzrok. Oni patrzą z pogodnym bohaterstwem. W takie chrześcijaństwo ksiądz Wyszyński wpisał swoje kapłaństwo.

Przyszły prymas urodził się 3 sierpnia 1901 roku w Zuzeli nad Bugiem, na pograniczu Podlasia i Mazowsza. W kraju zniewolonym i prześladowanym, gdyż Polska była jeszcze pod zaborami, małego Stefana - podobnie jak młodą Różę - rodzina nauczyła miłości do Boga, Kościoła, Ojczyzny i Matki Najświętszej. Po wstąpieniu do seminarium duchownego we Włocławku okazało się, że jest chory na ciężkie zapalenie płuc. Choroba postępowała tak szybko, że zarówno on sam, jak i jego przełożeni bali się, że nie dożyje do święceń kapłańskich. Stefan modlił się do Matki Najświętszej, aby wyprosiła mu łaskę święceń i aby mógł odprawić przynajmniej kilka Mszy Świętych. Cierpienie, którego doświadczył w czasie seminarium, nauczyło go, jak sam powie, patrzeć z pokorą na drugiego człowieka.

W czasie studiów seminaryjnych spotkał księdza Władysława Korniłowicza, o którym powiedział, że wywarł on ogromny wpływ na całe jego życie duchowe i kapłańskie. Ta znajomość, która podczas studiów na KUL-u przerodziła się w głęboką przyjaźń, przetrwała aż do śmierci księdza Korniłowicza. Na ukształtowanie osobowości i formacji społecznej księdza Wyszyńskiego duży wpływ mieli także wybitni księża społecznicy: ks. Antoni Szymański - rektor KUL, O. Jacek Woroniecki - wybitny tomista i pedagog oraz ks. Antoni Bogdański - naczelny kapelan harcerstwa. Dlatego nauczanie społeczne Kościoła traktował jako ważną część misji ewangelizacyjnej.

Święcenia kapłańskie otrzymał Wyszyński 3 sierpnia 1924 r. w katedrze włocławskiej. W czasie studiów w Lublinie działał w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. W marcu 1946 r. papież Pius XII mianował księdza Wyszyńskiego biskupem lubelskim, a 12 listopada 1948 r. arcybiskupem gnieźnieńskim i warszawskim, Prymasem Polski. 27 listopada 1952 r. został mianowany kardynałem. Niestety ówczesne władze komunistyczne nie wyraziły zgody na jego wyjazd do Rzymu na konsystorz, na którym miał odebrać kapelusz kardynalski. Mógł to uczynić dopiero 6 maja 1957 roku.

Pierwsze spotkanie księdza Wyszyńskiego z matką Czacką miało miejsce w lipcu 1926 roku w Laskach, gdzie przyjechał na zaproszenie księdza Korniłowicza. Zapoczątkowana wtedy przyjaźń z Dziełem Niewidomych i jego założycielami przetrwała aż do końca dni wielkiego Prymasa. Jego relacje z matką Czacką zacieśniły się szczególnie w czasie okupacji. Po wybuchu wojny ksiądz Wyszyński musiał opuścić Włocławek, gdyż był poszukiwany przez Gestapo. Ukrywał się najpierw u rodziny we Wrociszewie, później w Żułowie i Kozłówce na Lubelszczyźnie. W czerwcu 1942 roku przyjechał do Lasek na miejsce księdza Jana Ziei, jako kapelan sióstr, opiekun niewidomych, a także jako kapelan Armii Krajowej i duszpasterz okolicznej ludności.


O wielkim wpływie, jaki matka Czacka wywarła na jego życie, najlepiej świadczy kazanie, które wygłosił w czasie jej pogrzebu, 19 maja 1961 r. w Laskach: W tej chwili moim obowiązkiem jest stanąć przy tym obfitym źródle wody żywej i z pomocą nieudolnych słów pochwycić przynajmniej odrobinę ożywczych wspomnień z bogatego życia Matki naszej, Matki naszych serc (...), czerpaliśmy z bogatego ducha naszej Matki i duchowości tego ubłogosławionego przez Boga miejsca.

Po śmierci Matki ksiądz Prymas często wracał do grobów założycieli Dzieła. Przed wyjazdem do Rzymu na sesje soborowe, przed trudnymi rozmowami z ówczesną władzą komunistyczną, niepostrzeżenie i bez zapowiadania się, chociaż na chwilę przyjeżdżał do Lasek, aby tam się modlić. Co roku, z wyjątkiem uwięzienia czy choroby, po wielkoczwartkowym Mandatum w archikatedrze, jechał do Lasek, by tam razem z niewidomymi, siostrami i świeckimi pracownikami Dzieła trwać na adoracji i napełniać się mocą płynącą z paschalnego krzyża światła i zwycięstwa Chrystusowej miłości, aby potem mieć ją dla każdego.

Wiemy, że o księdzu Prymasie napisano ostatnio wiele. Ukazały się jego przemówienia i kazania, powstały nowe filmy i książki. Najczęściej teksty te mówią o nim jako duszpasterzu, wielkim mężu stanu, patriocie, społeczniku, nawet polityku. Często prymas ukazany jest jako człowiek walki z komunizmem. Ale to, co było jego priorytetem, podobnie jak u Matki Czackiej, to troska i walka o człowieka, o jego wolność, po to, by człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże, mógł jaśnieć pełnym blaskiem wolności, prawdy, miłości i przebaczenia. Dlatego tak bardzo troszczył się zarówno o wolność jak i świętość Kościoła i o dobro wspólne Ojczyzny, rozumiane jako respektowanie praw każdego Polaka i ułatwianie mu wykonywania obowiązków.

Szczególnie ważny etap w jego życiowej misji rozpoczął się wraz z nominacją na arcybiskupa metropolitę gnieźnieńskiego i warszawskiego oraz prymasa Polski, gdy wziął na siebie odpowiedzialność za dwie archidiecezje i cały Kościół w Polsce. W konfrontacji z totalitarnym systemem komunistycznym z jednej strony wzywał do włączenia się Polaków w odbudowę zrujnowanego przez wojnę kraju, a z drugiej napominał rządzących, by respektowali prawa człowieka. Odznaczał się cnotą męstwa, która ujawniła się zwłaszcza wtedy, gdy - wobec nasilanych prześladowań Kościoła - wypowiedział władzom komunistycznym zdecydowane: „Non possumus”. 25 września 1953 r., po kazaniu w kościele św. Anny został aresztowany. Nie załamał się. W więzieniu powstały dwa największe dzieła: Jasnogórskie Śluby Narodu i Wielka Nowenna przed Tysiącleciem Chrztu Polski.

Kiedy przygotowujemy się do beatyfikacji warto postawić sobie pytanie - skąd czerpał do tego siły? Najpełniej dają na nie odpowiedź jego więzienne zapiski. Całkowicie zjednoczony z Bogiem, nieustannie z Niego czerpał, aby potem dawać innym. Ten zwykły człowiek otwarty na potrzeby innych, był niezwykły swoją wiarą, swoim zaufaniem Bogu i Matce Najświętszej. Był niezwykły swą miłością przebaczającą każdemu, nawet tym, którzy go uwięzili. Mimo doznanych krzywd - jak sam mówił - nie miał wrogów. Z jednej strony prymas bolał, że nie może wypełniać swojej biskupiej posługi, nie może brać czynnego udziału w życiu Kościoła i domagał się swoich praw, z drugiej zaś stwierdza, że przeżywa te trzy lata, jako szczególny dar Boga, który przygotowuje go na późniejszą trudną służbę Kościołowi i Polsce. Ta głęboka wiara w Opatrzność była źródłem jego zaufania człowiekowi.

Miał świadomość mocy Bożej w sobie. Mówił: Udzielasz jej nieustannie, gdy idziemy z krzyżem, choć nieraz czujemy się tacy samotni. Ale, gdy zamknę oczy, gdy wsłucham się w poruszenie duszy, czuję Ciebie (...). Wystarczy się zwrócić choć na chwilę ku Tobie, by odnaleźć Ciebie w sobie.

3. Świętość nie jest luksusem

Kiedy przeglądamy katalog świętych Kościoła katolickiego, zauważamy, że są tam osoby różnych stanów, powołań i zawodów: osoby świeckie, konsekrowane i księża. Gdybyśmy mieli szukać wspólnego mianownika, to można powiedzieć, że potrafili oni rozpoznać wolę Bożą i ją wypełniać w sytuacjach i w czasie, w jakim przyszło im żyć. Tak też było w życiu m. Elżbiety Czackiej i ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oboje dobrze wiedzieli, że Bóg bliski w cierpiącym człowieku i sakramentach Kościoła, to dwa filary wiary, która pomaga rozpoznać wyzwania, jakie niesie powołanie w konkretnym czasie i wydarzeniach. Niewidoma, młoda dziewczyna i młody, chory kleryk. Do tego trudne czasy, w jakich przyszło im żyć - odbudowywania niepodległej ojczyzny, później lata okupacji i coraz bardziej agresywnego komunizmu. Można było się załamać i zwątpić, ale dzięki temu, że potrafili zaufać Ewangelii, każde z nich na swoją miarę umiało podejmować stojące przed nimi zadania, torować nowe drogi i otwierać nowe perspektywy działania w Kościele w Polsce. Uczynili tyle dobra, ponieważ całe życie oddali Bogu i na serio przyjęli słowa św. Pawła: Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia (Flp 4,13).

Każde z nich tę swoją drogę do świętości zawierzyło Matce Najświętszej i chcieli służyć Bogu i człowiekowi tak, jak Maryja. Matka Elżbieta złożyła swój akt ofiarowania Matce Bożej 8 grudnia 1921 roku, mówiąc: Obieram Cię dzisiaj za moją Matkę, Opiekunkę… Zaś ksiądz Prymas, uwięziony w Stoczku Warmińskim, 8 grudnia 1953 r. mówił: Tobie poświęcam ciało i duszę moją (...) wszystko, czym jestem i co posiadam.

Bóg złączył tych dwoje ludzi, tak przecież różnych i przez nich dokonał wielkich rzeczy. Słowa księdza Prymasa: Soli Deo - Samemu Bogu i Matki Elżbiety: Przez krzyż do nieba, jakie nam zostawili, jakże są aktualne i dzisiaj. Pokazali nam drogę. Innej szukać nie trzeba.
Poprzez wyniesienie sług Bożych do chwały ołtarzy poznajemy ich na nowo w tajemnicy świętych obcowania. Niech pomagają nam w odczytywaniu ich prorockich intuicji w podejmowaniu aktualnych wyzwań duszpasterskich Kościoła Chrystusowego w Polsce.

Podpisali: Biskupi polscy.

 
Ogłoszenia Duszpasterskie - XXII Niedziela zwykła - 29.08.2021 r.
Więcej…
 
Intencje mszalne od 29 sierpnia do 05 września 2021 r.
Więcej…
 

Katecheza - sierpień 2021 r. - Św. Józef - Patron ludzi zaskoczonych.

Wśród wielu modlitw jakie znajdujemy w modlitewniku Św. Józefa, jest także modlitwa w nagłej potrzebie. Często nazywa się ją Telegramem. Oto jedna z nich: Święty Józefie, ofiaruję Ci miłość Jezusa i Maryi, jaką żywią ku Tobie. Ofiaruję Ci też uwielbienia, hołdy wdzięczności i ofiary, jakie Ci wierni złożyli przez wieki aż do tej chwili; siebie i wszystkich drogich memu sercu oddaję na zawsze Twej świętej opiece. Błagam Cię dla miłości Boga i Najświętszej Maryi Panny, Twej Oblubienicy, racz nam wyjednać łaskę ostatecznego zbawienia i wszystkie łaski nam potrzebne, szczególnie tę wielką łaskę... Pospiesz mi na ratunek św. Patriarcho i pociesz mnie w mym strapieniu. O św. Józefie, Przyjacielu Serca Jezusa, wysłuchaj mnie. Jeden z portali katolickich zamieścił nawet taką zachętę: Masz pilną sprawę, którą trzeba szybko załatwić? Warto zapoznać się z tą modlitwą do świętego Józefa.

Dlaczego do Św. Józefa zwracamy się w sprawach nagłych i pilnych? Wynika to oczywiście z osobistej pobożności poszczególnego wiernego ale jest to także doświadczenie Kościoła Powszechnego, który realnie doświadcza skuteczności Jego orędownictwa w każdej sprawie. Taka już jest nasza ludzka natura, że jak widzimy jakiś widoczny znak, nikt nie musi nas przekonywać o skuteczności danej praktyki pobożnej. W Ewangelii widzimy tłumy ludzi idących za Panem Jezusem ponieważ widzieli efekt uzdrowienia wielu chorych. Przynosili ich zatem przed Jezusa, aby choć dotknęli frędzla Jego płaszcza. A każdy, kto czynił to z wiarą doznawał uzdrowienia ze swoich dolegliwości.

Kościół także zobaczył skuteczność orędownictwa Św. Józefa. Zachęta, jaką kiedyś kierował do ludzi Św. Józef Marello: Idźcie do Józefa, On się o wszystko zatroszczy. Gdyby Św. Józef nie wyświadczył łaski nie byłby Świętym Józefem, wzięła się właśnie z tego doświadczenia. I warto podkreślić, że jest to przekonanie Kościoła jako wspólnoty ale również indywidualne i osobiste doświadczenie wiernych.

Jest jednak jeszcze jeden argument dla którego wzywamy Św. Józefa w sprawach i nagłych i pilnych, kiedy jesteśmy niemile zaskoczeni jakimś przykrym wydarzeniem. Otóż poznając Jego życie zauważamy, że poradził sobie z wszystkimi niespodziewanymi, nagłymi i trudnymi sytuacjami, na które nie był przygotowany ponieważ nigdy, w życiu żadnego człowieka wcześniej się nie zdarzyły. Nasze życie, pod tym kontem, jest bardziej przewidywalne niż jego. On był w sytuacji dużo trudniejszej ponieważ otrzymał misję wyjątkową w całej historii świata. Otrzymał wyjątkowe powołanie, które już się w historii świata nie powtórzy. Miliony ludzi otrzymuje powołanie do małżeństwa i rodzicielstwa, do stanu wolnego; tysiące do życia konsekrowanego i kapłaństwa. Natomiast nikt z ludzi nie otrzyma już powołania do bycia przeczystym Małżonkiem Niepokalanej Maryi i Przybranym Ojcem Syna Bożego. To właśnie z tym powołaniem i tą misją wiąże się heroizm Św. Józefa w zwycięstwie nad wszystkimi nagłymi i niespodziewanymi sytuacjami, z którymi przyszło mu się zmierzyć tutaj na ziemi. I te wszystkie sytuacje – po ludzku trudne, pełne cierpienia i niezrozumiałe tym bardziej, że ma obok siebie Maryję i Jezusa – zwyciężył. Wyczuwamy więc spontanicznie, że może i nam przyjść z pomocą w naszych trudnych i pełnych zaskoczenia sytuacjach życia. Nie tylko poprzez udzielenie nam potrzebnych łask ale również jako wzór postępowania i podjętych decyzji. Właśnie z tego względu możemy nazwać Św. Józefa Patronem ludzi niemile zaskoczonych.

I pod tym patronatem znajdujemy się chyba wszyscy, bo któż z nas nie czuje się w życiu często zaskoczony rozmaitymi problemami, które spadają na nas jak przysłowiowy „grom z jasnego nieba”.

Bardzo często, kiedy spada na nas coś nagłego, trudnego i przykrego, tracimy głowę i zdolność racjonalnego myślenia. Także nasza wiara i zaufanie do Boga nie zawsze nadążają za naszymi stanami psychicznymi - za emocjami i uczuciami. Brakuje nam opanowania i „zimnej krwi”, aby na to, co się wydarza spojrzeć z wiarą i zaufaniem do Jezusa, który obiecał nam, że z nami będzie aż do skończenia świata – a obecność Jezusa to pełne bezpieczeństwo. W trudnych chwilach zapominamy nawet o tym, co jest oczywiste. Podczas burzy na jeziorze Apostołowie, zaczęli krzyczeć z przerażenia, że toną i dziwili się, że Jezus spokojnie śpi na wezgłowiu w tyle łodzi. Św. Piotr, kiedy uląkł się wichru i zaczął tonąć, zapomniał o tym, że umie pływać - był przecież rybakiem.

W sytuacjach nagłych, trudnych i niezrozumiałych, kiedy jesteśmy kompletnie zaskoczeni tym, co się dzieje, mogą się pojawić zasadniczo dwie groźne pokusy. Pierwsza z nich to pokusa sięgnięcia po niegodne i duchowo niebezpieczne środki, narzędzia, czy rozwiązania zaistniałego problemu. Człowiek jest wtedy kuszony do rozmaitych grzechów nieuczciwości – od kłamstwa po korupcję włącznie - bądź jest kuszony przeciw pierwszemu Przykazaniu, kiedy zwraca się o pomoc do osób lub rzeczywistości duchowo wątpliwych, niejasnych i niebezpiecznych. Drugą groźną pokusą jest załamanie i rozpacz, jako owoc przekonania, że nic nie da się zrobić.

Chodzi więc o to, aby w chwilach spadających na nas problemów nie „tracić głowy” ale ufnie oddać się pod opiekę Bożą i przy Bogu wytrwać, nie odstępując z drogi Przykazań, Ewangelii i Kościoła ani na krok. Używając środków i narzędzi dobrych i godnych starać się zaradzić temu cierpieniu, które mnie spotkało z jednoczesnym zaufaniem i zawierzaniem wszystkiego Jezusowi - co czyni się na modlitwie. To właśnie czynił Św. Józef. Jego życie było pasmem zaskakujących i trudnych wydarzeń, których po ludzku nie był w stanie zrozumieć – tym bardziej, że obok siebie miał Bożego Syna. Doświadczając tych wszystkich trudnych wydarzeń nigdy nie zszedł z Bożej drogi! Nigdy nie złamał Bożego Przykazania. Nigdy nie zwątpił w Bożą miłość, w Bożą sprawiedliwość i w Bożą opiekę!
Tego właśnie uczy nas Patron ludzi niemile zaskoczonych.

Ks. Stanisław Kozik OSJ

 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>

Strona 9 z 35

Statystyki

mod_vvisit_counterDziś278
mod_vvisit_counterWczoraj424
mod_vvisit_counterW tym tygodniu702
mod_vvisit_counterW tym miesiącu11139
mod_vvisit_counterWszystkich992200

W każdy trzeci czwartek miesiąca o godz. 18.00 jest Msza św. o św. Bracie Albercie patronie naszej parafii. Po Mszy św. jest Nowenna do naszego patrona z ucałowaniem jego relikwii.
Po modlitwie Spotkanie biblijne. Zapraszam serdecznie wszystkich wiernych!

W każdy czwarty czwartek miesiąca o godz. 18.00 jest Msza św. o św. O.Pio. Po Mszy św. modlitwy do Świętego z ucałowaniem jego relikwii, a potem spotkanie Grupy Modlitwy św. O.Pio.
Zapraszam serdecznie wszystkich wiernych!

Projekt i wykonanie Alanet